piątek, 18 maja 2012

Medycyna niekonwencjonalna

Odrzuć, Opuść, Porzuć, Wyrzuć,
Powróć.
Zabij, Zamknij, Domknij, Odetnij,
Odetchnij.

Podobno zaczynając nowy etap życia należy zamknąć wszystkie furtki za sobą. Furtki, do których gdzieś po drodze zgubiło się klucz. Spalić mosty, którymi już nigdy się nie przejdzie. Nasrać na głowy ludziom, którzy byli/są tego warci. Ja tak jednak nie potrafię. Może jestem zbyt sentymentalny w stosunku do pieprzonych Mimów? Może te Mimy to zwyczajne odpady w postaci skrawków osób i strzępków rzeczy, których w całości nigdy już nie doświadczę żadnym ze zmysłów? Mimem nazywam z osobna wszystko to, co tkwi w mojej w głowie "mimo". Mimo usilnego wypierania, mimo chęci pójścia przed siebie i zostawienia reszty w tyle, taki Mim wadzi. Ani to nic nie powie, ani się specjalnie nie ruszy, ale wadzi. W sumie to nie dziwi mnie fakt, że nie potrafię zapominać i odrzucać pewnych relacji, wydarzeń i przedmiotów, skoro do dzisiaj trzymam na widoku maskotki, w które palcem wcierałem kupę z pampersa. Są, bo są, bo można ich zawsze użyć. Dla mnie nie ma mostów, którymi nie da się raz jeszcze przejść. Z trudem i okrężną drogą, bądź dobudowując za pomocą młotka i gwoździ kilka desek, ale zazwyczaj się przejdzie. Istnieje także ciekawsza opcja. Opcja przepłynięcia tratwą - wariant dla naprawdę odważnych. Srać na ludzi też nie będę, bo pewnie jeszcze nie raz i nie dwa zechcę pogłaskać ich po głowach, a mimo całego swojego zamiłowania do ohydy, to z taplania się we własnych odchodach wyrosłem w przedszkolu. Ludzie dookoła zarzucają mi skrajny altruizm. Bullshit. Każdy post na tym blogu jest pisany w pierwszej i o pierwszej osobie, a suma moich myśli i refleksji równa się ja. Myśleć o sobie potrafię, ale zazwyczaj w kwestiach materialnych. Nie lubię się niczym dzielić i lubię zagarniać wszystko dla siebie. Za to kiedy mogę komuś pomóc, czy to dobrym słowem, radą, wysłuchaniem, to ja bardzo chętnie i ustawię się pierwszy w kolejce. Czuję wówczas ogromną satysfakcję, ale czy to nie chęć osiągnięcia korzyści dla siebie w postaci właśnie satysfakcji, a więc (o losie) egoizm, bierze wtedy nade mną górę?

Całość do bólu przypomina mechanizm powstawania zawału serca. Cholesterol, odkładając się na drodze w coraz większej ilości, prowadzi do Zatoru. Harmonijna do tej pory całość przestaje płynnie działać, Serce jest coraz słabsze, a system je napędzający z czasem zaczyna obumierać. Obumiera w końcu do tego stopnia, że następuje zahamowanie czynności życiowych. Mam postawić sobie diagnozę? Wnioskuję, że póki co to miażdżyca, więc jeszcze nie jest za późno na profilaktykę. Niby nie każdy zawał jest śmiertelny, ale w moim przypadku jak już uderzy to kapliczka. Jak zapobiec zawałowi? Po pierwsze: wyeliminować z codziennej diety źródła Cholesterolu. A przecież to trudniejsze niż rzucenie fajek.

W rolach głównych:
Mim - Cholesterol,
Chęć do Działania - Serce,
zabójczy efekt działań Mima; żyje w ścisłej symbiozie z Sercem - Zator

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Z potworów zrobimy ludzi

Komunikacja miejska to niedoceniana przez zmotoryzowaną część społeczeństwa kopalnia doświadczeń socjologicznych. Ostatnio dowiedziałem się, że "teraz czerwony to modny, bo co druga dziennikarka na czerwono chodzi", a dziś, pomiędzy butelką kwasu chlebowego a stertą skasowanych biletów, znalazł się pewien chłopiec z grupką znajomych, bądź co bądź wulgarnych. Ja takich lubię i ogólnie lubię wulgaryzmy w przestrzeni publicznej, bo dodają smaczku miejskiemu marazmowi, ale do rzeczy. Chłopiec wysiadając rzucił od niechcenia pewną prawdą, która w moim kontekście czasowym i sytuacyjnym jasno oświetla całość. I tak samo jak czytanie książek czy zagłębianie się w teksty piosenek w stanie emocjonalnej rozsypki czy uczuciowego mętliku, taki chłopak, podobnie jak autorzy tekstów maści wszelakiej, mówiący, że "najbardziej ludzką z cech jest egoizm, a jeżeli tak nie uważasz to jesteś zdrowo jebnięty", staje się dla Ciebie wyrocznią i widzisz w nim swojego potencjalnego przyjaciela. Pierwszy raz w życiu cieszyłem się, że postanowiłem sobie jeden dzień bez słuchawek w uszach i chyba zrezygnuję z nich na zawsze, bo odcinanie się od ludzi to odcinanie się od możliwości autorefleksji. Ja egoistą jestem, ale w umiarkowanym stopniu, który nie przeszkadza ludziom żyć obok mnie, a jeżeli egoizm drugiej osoby zaczyna razić, a później przerastać, to jest źle. Sztuka kompromisu i znajdywania złotego środka w każdej kwestii jest sztuką ciężką do opanowania, lecz możliwą i niezbędną w relacjach międzyludzkich, tak więc pójdźmy na kompromis. Zróbmy ludzi z potworów, bo mimo obowiązującego w społeczeństwie przekonania o wyższości altruizmu nad egoizmem, to oni mają rację, bo koniec końców to oni zawsze wygrywają całość survivalu i tylko od nich możemy się czegokolwiek nauczyć. Miękkie serce to twarda dupa, ale kwestia osiągnięcia takiego stanu umysłu, to kwestia doświadczenia i wielokrotnego przejechania się na zaufanych osobach. Po takim uformowaniu egoizm weźmie górę nad całą resztą i zostaniemy potworami. Gra jest warta świeczki, bo w tej walce to czarny charakter zawsze będzie górą i to on wygra całość "Tańca z gwiazdami". Wprawdzie taki twór zdechnie w samotności, ale zdychając, będzie mógł powiedzieć "chuj Wam w dupę, to ja wyeksploatowałem swój żywot i dlatego to ja go wygrałem". A czy w całym życiu nie o wygraną chodzi?

sobota, 7 kwietnia 2012

Noc konfesjonałów

Jakim papieskim cudem święta wielkanocne mają być radosne, skoro od 7 lat, dwa razy w roku, Jego Ekscelencja Dziwisz, dla wielu ziemskie wcielenie JPII, trąbi mi o pokucie, żalu za grzechy i zadumie? Ja stóp mu nie umyję, on jaj mi nie poświęci, bo nie ma korelacji, nie ma nic poza moją szczerą niechęcią do jego osoby. Nie poradzę nic na to, że podczas tych swoich pompatycznych przemówień na polskich Golgotach przypomina mi Hitlera. Zawsze wydawało mi się, że moja ogólna niechęć do sacrum i całego patosu wokół spowodowana jest buntem i zaburzeniami światopoglądu w wieku młodzieńczym, ale to mam już chyba za sobą i nadal nie uznaję żadnej polityki wyznaniowej. Telewizji nie oglądam, ale każde inne medium bombarduje mnie na zmianę sylwetkami aspirujących dyktatorów w sutannach i zdjęciami papieża podczas rzymskiej krucjaty, a bez bieżących informacji i wydarzeń ze świata nie wyobrażam sobie dnia. Szczerze? Wolę w tych dniach politykę i kolejne deklaracje Jarosława. On mnie nie nudzi - dostarcza mi na zmianę rozrywki i uczucia poirytowania. Gdybym był monarchą, to za nadwornego błazna chciałbym mieć kameleona, a on jest właśnie takim kameleonem - zawsze mnie rozbawi bądź też wkurwi. "Jarosław, Jarosław, Polskę zbaw" nabiera nowego znaczenia, bo mnie osobiście zbawia. Po całym dniu obrzucania kamieniami i wieczornego ukrzyżowania jest dla mnie miodem na serce, a jak już zostanie prezydentem, to pomoże mi w podjęciu decyzji o wyjeździe z Polski. Właściwie to podejmie ją za mnie, skarze na banicję, wydali, bądź deportuje bez kiwnięcia palcem. Jest śmiesznie i trochę jednak refleksyjnie, bo na całą otoczkę absurdu składa się również śnieg za oknem oraz widok maszerujących w błocie ze styropianowym krzyżem grzeszników i korona cierniowa wykonana z bluszczu, które są trafną metaforą tego, że polskie cierpienie jest teatralną zagrywką, a jak już cierpimy to tak, żeby nie bolało i dobrze nam to wychodzi. Jeśli już robić to tak, żeby się nie narobić. Jeśli mamy cierpieć, to cierpmy na maksa. Nie ma nic pomiędzy. Albo miłość, albo nienawiść. Nie ma półśrodków. Albo ból, albo rozkosz (choć to akurat można połączyć).

Właśnie przeczytałem, że sprzątanie po sytym, świątecznym obiedzie to najlepszy sposób na spalenie kalorii, które przy stole jednym haustem się do gęby wpakowało. Gówno prawda. To nadmierna eksploatacja pornografii w tych dniach będzie odpowiedzialna za poświąteczne wypalenie, szybszą perystaltykę jelit i wolniejsze łącza w osiedlowych sieciach. Bezbożnicy.

sobota, 31 marca 2012

Przepis na starość

Internet mobilny - Internet stacjonarny,
tramwaj - autobus,
film - książka,
kawa - herbata,
wódka - piwo.

Niepotrzebne skreślić? Nie - korzystać zamiennie i do bólu.
Nie wychodzić poza schemat.
Konsekwencja w działaniu, maksymalny constans.
Działa tylko nocą.

Chcesz tego?

niedziela, 18 marca 2012

Umysłowa pornografia

Peregrynacja (łac. peregrinatio) − w Kościele katolickim uroczyste przenoszenie/przewożenie w celach kultowych relikwii, obrazów i innych przedmiotów kultu religijnego (np. krzyż jerozolimski).

Późnym rankiem, w towarzystwie uciekających z krwiobiegu promili, złapałem za "Zwrotnik Raka". Mocny impuls pod postacią pijanego Marlowe'a przerwał mi czytanie i zabrałem się za poszukiwanie definicji słowa "peregrynacja". Po jej znalezieniu (w 0,15 sekundy) doszedłem do wniosku, że nawet peregrynacja od baru do baru nosi znamiona obrządku. Weekendowego obrządku, który ma przyczynę (wartość nadrzędną), cel (zazwyczaj bliżej nieokreślony) i skutek (wartość podrzędną i nieprzyjemną). Gwoli podbicia swojej erudycji (nie elokwencji) i przetrwania niedzieli na kacu, czytam losowo wybierane 10 przykazań najważniejszych religii świata. Ku mojemu platońskiemu zdziwieniu okazuje się, że każda z nich mnie potępia i nawet w tak delikatnej kwestii, kwestii de facto światopoglądu, nie potrafię znaleźć sobie wygodnego miejsca.

A może "celem peregrynacji jest zachęta do podjęcia praktyk religijnych i zaangażowania w życie wspólnoty eklezjalnej"?

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Is Santa dead?

Last Christmas I gave you my heart? All I want for Christmas is you? Święta + miłość? Da się? A myślałem, że tylko ja potrafię połączyć komedię z dramatem.

sobota, 3 grudnia 2011

Banał?

Ostatnio zauważyłem u siebie tendencję do wyciągania naprawdę banalnych wniosków na drodze długodystansowej obserwacji co raz to prostszych w budowie bytów. Ktoś nie tak dawno powiedział mi, że nie ma banałów - są tylko banalni ludzie. Jednak ci banalni tworzą trywialne teorie, które są obalane przez tych nieco ponad, tworzących wielokrotnie złożone, a więc w istocie lepsze, koncepcje. Pierwsi żyją w symbiozie z drugimi i trwając we własnej prostocie, chcąc nie chcąc, zbierają po drodze części składowe. Na te części składają się ludzie, doświadczenia, uczucia. Gromadząc je, zyskują wrażenie nieustannego rozwoju. Ważne jest to, czy na śmietniku, którym jest bez wątpienia życie, trafią na części, które okażą się przydatne, choć każda z nich jest na swój sposób wartościowa. Jedna bardziej, druga mniej, ale każda po kolei jest ważnym trybikiem w procesie budowania osobowości.

Można rozwijać się przy jednej, najważniejszej osobie, ale warunek jest jeden - owa osoba musi mieć do przekazania drugiej na tyle dużo, aby zaspokoić jej głód doskonalenia się, który niewątpliwie drzemie w każdym. Jeśli tak nie jest - nie może uzurpować sobie prawa do miejsca na podium. Rozwijając siebie, rozwija się również partnera, dlatego na pierwszym miejscu powinno znaleźć się własne szczęście, a szczęście ukochanej osoby przyjdzie z czasem. Druga jednostka nie może pozostać dłużna wobec pierwszej, bo silna relacja, oparta na zaufaniu i wzajemnej współpracy, gdzie przynajmniej tli się chęć wspólnego życia i działania, to podstawa sukcesu.

Sam nie czuję się osobą prostą - wręcz przeciwnie - co raz częściej zadziwiam samego siebie. Bez znaczenia jest dla mnie to, czy owo zadziwianie siebie ma sens pozytywny czy też nie, bo lubię pieprzoną złożoność i jeśli kolejne doświadczenia utwierdzają mnie w przekonaniu, że ja składakiem jestem, to czerpię z tego nieopisaną przyjemność.

P.S. Z notki wyszła papkowata, filozoficzna rozprawa, ale usprawiedliwiam się kacem.

środa, 16 listopada 2011

Czkawka

Jedyny podział przy barze to podział na trzeźwo-myślących abstynentów i myślących, że nie piją, alkoholików. Koniec końców, wszyscy i tak wychodzą nad ranem w podobnym stanie. Pierwsi upici filozofią, drudzy zaś zatruci etanolem i własnymi toksynami.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Wynurzenie kontrolowane

Co roku, x miesiąca, spontanicznie wyjeżdżam na kilka dni do x miasta, po czym żałuję całego wyjazdu. Co roku, w x miesiącu, postanawiam zmienić coś od x miesiąca. Owego x miesiąca i tak nic z tego nie wychodzi. W międzyczasie, gdy nadchodzi miesiąc x, miewam zmasowany atak motyli w brzuchu. Przychodzi przełom października i listopada - najgorszy okres w roku. Czas wstępnych podsumowań, prawdy prosto w oczy i kaw na ławę, których ilość podnosi mi ciśnienie do granic wylewu. Czas, w którym ostatecznie sypie się to, co według mnie nie mogło się posypać. Czas klęski i kompromitacji na każdym polu walki. Czas, w którym stoję nad własnym grobem, płaczę nad sobą i jedyne co widzę, to szeroka jak 2x2 woalka zza której spoglądają najbliższe memu sercu osoby.

Zajrzałem na bloga po długim czasie i zająłem się lekturą oraz analizą wpisów sprzed roku. Owa lektura utwierdziła mnie w przekonaniu, że żyję w dziwnej matni, żyję według dziwnego schematu, który narzucają mi kolejne miesiące i następujące po sobie pory roku. Dzieje się to zupełnie mimo wszelkich założeń, a całe moje życie jest ustalone przez pieprzony, gregoriański kalendarz - dokładnie co roku powtarzają się te same sytuacje. Schematy są straszne, bo są nudne, a nudy i stagnacji boję się najbardziej. W drugą stronę to nie działa - nuda nigdy nie jest przewidywalna. Jest tymczasowa - zawsze ktoś chluśnie Ci wiadrem szamba prosto w facjatę lub wciągnie cukierka z Twojego krocza. Nudę można siłą-niesiłą powstrzymać, zabić, a z ustalonym z góry porządkiem sprawa wygląda nieco gorzej.

Jeśli zabawisz się ogniem - od ognia zginiesz. Bawiłem się nim wielokrotnie, ale w życiu mam pieprzonego farta i nigdy nie zginąłem. Za każdym razem, gdy skaczę przez ogień, to spadam na cztery łapy. Lekko poparzony, ale bez trwałych blizn. Rany goją się w krótkim czasie - nie odbiegając od schematu, znikają po roku. I gdy wszystko jest już w należytym porządku, to fakt, że lubię adrenalinę sprawia, że brakuje mi zabawy z utęsknionym żywiołem. Bo co krąży, zawsze wraca - często ze zdwojoną siłą. Los daje kolejną szansę każdemu, ale głupiec jej nie wykorzysta, bo nie potrafi. Jeśli do tego jest ślepcem, to nawet jej nie zauważy. Stąd wiem, że życiowym kretynem ani tym bardziej ślepcem nie jestem. Rzucane mi szanse łapię zawsze, lecz gdy zrobię jeden błąd, los zaczyna się wpieniać i bez namysłu postanawia mi każdą po kolei odebrać. Ale ten typ tak ma i jest mądry, bo podobnie jest z ludźmi: plus z minusem zawsze da minus. Mądry może dać szansę głupiemu, ale to nigdy nie zadziała. Sorry Batory, nie w tym schemacie.

piątek, 25 lutego 2011

Słowotok

Podnoszę ryj z poduszki, dupsko z wyra i raus. Kuchnia, kawusia, papierosek i generalnie multitasking. I wiesz, relaks na taborecie, muzyka w tle, a patrzę na zegarek z rozjebaniem, bo czas źle wyliczyłem. No to zapierdalam, żelazko na full, prysznic, ząbki szuru buru, włoski stroszę, kremik wklepuję i lecę. Dobiegam rozumiesz, styrany jak koń po westernie dwie minuty przed czasem na tego prądojeba, pierwszy wagon i jazda. Sprawdzam mejla, siedzę, próchna udaję że nie widzę, a w razie co to po nocce w robocie zdycham. Dojeżdżam, wysiadam, jakiś kapelusznik podbija i o drogę na PKP pyta, to ja mu mówię na spokoju wsiadaj tu w ten tramwaj i jedziesz, główny z okna zobaczysz. Czasu nie mam mówię, poczęstowałem się papierosem i zapierdalam jak ten papaj z kiepem w mordzie. Dobra, uniwerek, wydział human, wchodzę. Pytam pomywaczki gdzie na audytorium. Góra panie, pierwsze piętro. No to rasz na first floor, otwieram drzwi, patrzę, chuj. Scena jak w Opolu, na niej sekretarka z pornola taka wiesz Newsweek, Szkło kontaktowe, a do tego kurwiki i Miecugow w oczku. Kłapie mordą do tych pionków i patrzy na mnie z platońskim zdziwieniem, a ja tępy chuj zamiast przeprosić to siadam. Ale gdzie tu usiąść myślę. I kurwa wiesz, generalnie podział jak za ćwieczka. Inteligencja na przodzie oddzielona od plebsu na tyłach rządem krzesełek. To rozkminiam, że zawsze do inteligencji aspiruję, a ciągle śmierdzę plebsem i wiesz, szybka decyzja kompromis, siadam po środku. Patrzę i dusza mi się śmieje, bo co robisz jak widzisz panie na Elę Jaworowicz siedzące i panów, którym długopisy się palą od notowania i żyły trzaskają od pozycji noga na nogę? I siedzę sobie, słucham o higienie języka, dyszę w plecy jakiemuś cwaniakowi, plebejczyk dyszy w plecy mi, bilans wyrównany, aż tu nagle z dupy podbija szeryf w spódnicy i z rozjebaniem stwierdza, że "siedzę na granicy". Ja wzrok napoleoński, uśmiech numer 3, dobra, podnoszę zad i idę wymachując tym ogonem. Plebs mnie wzrokiem pożera, czuję jego aurę, siadam i trans, odpoczywam, wśród swoich jestem.

środa, 26 stycznia 2011

Kocioł

Chyba odstawię na dłuższy czas Facebooka. Jeżeli to nie pyknie, to zrezygnuję ze sprawdzania aktualności w czasie dnia, a zwłaszcza przed miło zapowiadającym się wieczorem. Właśnie, ograniczę udział tego typu zabawek w moim dniu do totalnego minimum. Pierwszy krok wykonałem już jakiś czas temu, zrezygnowałem z mp3 i póki co trzymam się nieźle. Bo tak. Niektóre z fejsowych newsów dobijają i potrafią rozjebać cały, w miarę układający się, dzień. Taki oto właśnie news spadł dziś na mnie z impetem dachówki po powrocie do domu. Sprawdziłem aktualności i szambo zalało mnie od czubka głowy aż po pięty. Kurwa, co się dzieje? Nagły skok temperatury na +10, trochę słońca i sodówa zaczyna parować? Łączcie się w pary, ale nie moim kosztem. Bo ja już tak mam, że jak ty rozsypiesz sobie ścieżkę szczęścia z kimś innym, a do tego reszta giermków wam przyklaskuje i kibicuje, to ja się gotuję. Tym bardziej, że to JA miałem wciągać ten koks z TOBĄ. Ale nic, czekam na swoją kolej. Wiem, że nadejdzie. Prędzej czy później, ale nadejdzie. Znudzi ci się seans z nim, to przylecisz do mnie. Odtrącić nie odtrącę, bo nie potrafię, a poza tym i tak stracę zdrowie na czekaniu w tej pieprzonej kolejce.

Już wyobrażam sobie wiosnę w pełnej krasie. Dwa gołębie, dwa motyle, dwa patyczaki i ja. Sam. Zmienię sobie imię na Sam. Także ja jednak podziękuję i postoję. Przy zimie. Rzygnąłem sobie w te szambo i odechciało mi się wszystkiego, a ta dwójka kier to pływała w rzadkim gównie i pewnie umknęło to mojej uwadze.

czwartek, 9 grudnia 2010

Intruz w przedziale

- Przepraszam, czy ten pociąg jedzie do Oświęcimia?
- Nie, na Sybir - odpowiedziałem po czym ugryzłem się w język.

I znów w przedziale rządziłem samotnie. Z berłem w dupsku.

wtorek, 7 grudnia 2010

Pozdrowienia od Gorączki

Odkryłem nowy sposób na chroniczne zmęczenie i zająłem się organizowaniem sobie dni wolnych. Weekendu mi na to szkoda, więc najczęściej wybór pada na środek tygodnia. Nie wyściubiam nosa za drzwi, leżę wygodnie pod kołdrą (dziś wyjątkowo z termometrem w dupie), liczę ilości wypłukanego przy supporcie kawy magnezu, sprawdzam kolor uzębienia, który malowniczo zmienia się za sprawą mocnej herbaty, obliczam biologiczny wiek płuc wzrastający proporcjonalnie do każdego wypalonego papierosa. W ciszy, bez muzyki, bez tv. Zazwyczaj dzień wcześniej planuję zrobić wszystko to, na co brak mi czasu i zapału w standardowym ciągu tygodnia. I zazwyczaj nic z tego nie wychodzi, bo jedyne w czym jestem dobry to myślenie. Z działaniem jest zdecydowanie gorzej, ale z racji tego, że coraz lepiej idzie mi trenowanie w sobie siły woli, to dzisiaj będzie przełomowo. Wykonam każdą misję, którą sobie zaplanowałem.

Dzieje się niemało. Poza tym, że do niedawna byłem w trójkącie z rodzeństwem, to lada dzień smród ciągnący się za mną aż z Warszawy wyczuje pan z walizeczką i raczy zapukać do mych drzwi, a stan mojego uzębienia wymaga natychmiastowej pomocy dentysty. Nie ma tego złego, na rutynę przynajmniej nie narzekam. No i zaczynam wierzyć w biorytm. Dzisiaj jestem w stanie emocjonalnej euforii, intelekt i sprawność fizyczna poszły się jebać. I tak jest od tygodnia, a dziś nastąpiła kumulacja.

wtorek, 28 września 2010

Zagramy w życie?

Ostatnio jedyną rzeczą, która mi wychodzi jest totalne opierdalanie się. Pomijam zatruwanie codzienności ludziom, bo to żadna nowość i jestem w tym mistrzem od zawsze. Złoty medal mam w kieszeni. Opierdalam się i nie robię kompletnie nic. Widać to m.in. po moim wyglądzie. Zero jakiejkolwiek inwencji. Noszę te same ciuchy i straszę tą samą, ziemistą cerą. Nic się nie zmienia, jedynie worom pod oczami objętości przybywa. Wstaję, biorę prysznic, zakładam co mam pod ręką, na śniadanie piję kawę, spędzam 10 szybkich minut przed lustrem i ciach babkę w piach - wychodzę. Wychodzę i jestem alienem, bo odciąłem się od ludzi w sklepie, na ulicy, na przystanku. Odciąłem się od wszystkiego, co w tej chwili nie jest mi potrzebne. Nie chcę kontaktu z osobami, które nie są warte mojego spojrzenia, uśmiechu, czegokolwiek. Kończę zabawę w zaklinanie losu. Nie chcę już dodatkowych headshotów. Nie bronię się przed ciosami, nie mam odwagi. Chowam głowę między nogi i twardo przyjmuję uderzenia. I co z tego, że boli. Jak mus to mus, poboli i przestanie.

Kwestia kolejna. Opierdalam się też w grze zwanej życiem. Oddałem swoje karty, a pozostali gracze rozgrywają moje kolejki. Dostałem od losu maksymalne combo. Odwraca się ode mnie rodzina, gdzieś tam pozostali tylko (i aż) przyjaciele. Po dzisiejszej, mocno przyjacielskiej rozmowie wiem, że muszę zgarnąć swoje zabawki i ogarnąć ten syf w piaskownicy, choć tak naprawdę nadal nie wiem, czego w tej śmiesznej grze mogę chcieć. Patrzę z dość dużej wysokości na siebie i nie mam odwagi, aby podziękować graczom, odzyskać swoje karty, złapać byka za rogi i mieć nareszcie wpływ na to wszystko, co wokół się dzieje. Póki co zdaję się na chrystusową karmę. Jak będzie to będzie, jak nie będzie - też dobrze. A tak nawiasem. Pierwszą tej jesieni grypę już zaliczyłem. Czas na jesienną depresję?

sobota, 25 września 2010

Zaklinam los

Życie, bądź skurwiel, przestań podrzucać cukierki i rzuć mi w końcu porządną kłodę pod nogi. Taką z podwójnym pierdolnięciem, żebym się już nie podniósł - środa, 22 września.

Dziś mamy sobotę, 25 września. Nasrałem na własnym podwórku. Gówno śmierdzi ostrzej niż zwykle, lecz jego zapach na mnie nie działa. Działa za to na sąsiadów. Aż za bardzo. Ktoś tam u góry dojebał mi karę w postaci zerwania więzi z rodziną na czas bliżej nieokreślony oraz grzywnę w wysokości ostatniego rachunku telefonicznego. Potrafię zaklinać los. Chciałem bólu - pstryk - mam ból... ale chwila moment. Los nadal spełnia moje zachcianki?

niedziela, 29 sierpnia 2010

Niemesjasz przemawia

Proroczą wizję miałem. Może nie odkrywczą, ale prorocza była. Apokalipsa, zupełnie jak z tych debilnych filmów powstających jeden po drugim, w których zmienia się tylko obsada. Nie wiem co dosypali mi ostatniej nocy do wódki, sam nic nie ćpałem, ale rano po ciężkim powrocie do domu przeniosłem się w przyszłość i miałem 2012 rok pod kołdrą. Wartka akcja, efekty specjalne i kino 3D za darmo. Mesjaszem nie byłem, a szkoda, bo fajnie byłoby pocierpieć. Ognie piekielne, które mnie nawet nie smyrną, anioły ciemności, inne pierdu pierdu i bieg ze sraką w gaciach do domu. Pierwsza reakcja - bieg do domu. Do rodziców. A że lubię ryć sobie banie sennikami, to robię research. "Apokalipsa - brak rozsądku, wyobraźni i przewidywania następstw swoich działań to główne przyczyny wielu problemów w Twoim życiu." I czytam. Czytam kilka razy to samo zdanie. Zdaję sobie z tego sprawę od dawna i jak nikt inny potrafię to odnieść do swojego życia. I już nawet nie rozbija się o ten kretyński sen. Chodzi o prawdę zawartą w prostym zdaniu, nad którym dumam od pięciu minut, a które tak naprawdę podświadomie zaprząta mi głowę od kilku miesięcy.

Amen z apokalipsą. Zamawiamy dwie taksówki. Pech chciał, że ja musiałem jechać z nim. Z kolesiem, który wkręcił się na krzywy ryj. Niech stracę. I tak wygląda na osobę, która po dwóch szotach odpadnie, więc będzie trup i będzie się na kim położyć jak miejsc zabraknie. Wsiadamy.
Konkrety. Koleś wymyślił sobie całe życie i jest naczelnym pośmiewiskiem w różnej maści miejscach. Ale bryluje. Nie rozdrobnię się dziś i powiem tylko tyle, że nie ma znajomych, nie ma z kim się napić i jest zerem w mieście. I ja to wiem doskonale, a on świruje duszę towarzystwa i robi z siebie gwiazdę, której telefon w sobotnią noc urywa się od zaproszeń na popijawę, które to on konsekwentnie odrzuca, bo ma niczym baranie jaja grafik napięty.
- Złotówa do mnie - Wie pan co? Współczuję panu.
- (śmiech) dlaczego?
- Bo ja z takim debilem to bym 20 minut nawet nie wytrzymał (brzdęk flaszek obijających się o siebie) a co dopiero wódkę miał z nim pić.
Koleś się zgasił, pan taksówkarz w ramach tego dostał ode mnie syty napiwek, a ostatnią noc odeśpię chyba dopiero po śmierci.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Maso-sado

Kiedyś kiedyś dawno chciałem mieć rentgen w oczach. Wiadomo, fajna zabawa, a że lubię się śmiać z ludzi to fun podwójny. Ale myślę sobie: walić rentgen, w sumie zero z tego pożytku, a na dodatek każda wizyta w centrum miasta kończyłaby się mdłościami na skutek sielskich widoków oraz trwałym okaleczeniem zmysłów. Teraz chcę mieć możliwość wejścia w korelację z umysłami innych ludzi. Chcę wiedzieć jak to jest stać z boku z założonymi rękoma i przyglądać się mojej osobie. Chcę wiedzieć co ludzi we mnie, po prostu, wkurwia. Taka ciemna strona mocy, jasnej mam już dość. Moje dupsko nie ociekało nigdy lukrem, więc koniec lizania. Czas na porządnego plaskacza w twarz, co bym się przebudził i pora na twardego kopa w dupę, co bym przestał lewitować i osiadł na najgorszej mieliźnie.
Mam wyjebane na miłość w każdej postaci. Puściło mnie równie szybko jak złapało. I właśnie w takim momencie cieszę się, że wystarczy jedno zdanie wypowiedziane w nieodpowiedniej chwili, aby rozbić tą śmierdzącą, mydlaną bańkę. Czuję w sobie jeszcze resztki tego czegoś, ale sinusoida konsekwentnie zmierza ku dołowi, teraz pragnę bólu. Psychicznego, bo fizycznego boję się bardziej niż katoli.

A jeśli ktoś kiedykolwiek zapyta mnie o kobiecą stronę mojej osobowości, to z pewnością odpowiem, że jest nią plotkowanie. Dzisiaj przy najdroższym drinku obsram zady wszystkim gnojom, bez wyjątku.

wtorek, 27 lipca 2010

Szlachetny zegar

Mój zegar biologiczny to gówno chińskiej produkcji, które przeszczepiono mi chwilę po porodzie z racji braku części zamiennych lepszej jakości. Szmelc jeden psuje się przy byle okazji. Wystarczy kilka zarwanych nocy. Na gwarancję przyjąć go nie chcą i wmawiają mi, że uszkodzenie nastąpiło w skutek niewłaściwej konserwacji. Fuck you na księżyc. Póki co nie stać mnie na wymianę, dlatego nie funkcjonuję normalnie, co widać po tych jakże częstych wpisach na blogu.

Dziwne myśli mnie naszły wczoraj. Dziwne wizje raczej. Chociaż nie, wizje to za dużo powiedziane. I nie aż tak dziwne, chwilami przyjemne. Bo gdy spędzasz w domu pierwszą od x czasu noc, zajadasz ciemność i powtórki w TV smakołykami z lodówki, a twój zegar biologiczny trafił szlag, to potrafisz zobaczyć siebie jako totalnego debila w totalnie debilnym położeniu.
I tak sobie myślę, że nadaję się jak nikt inny do jakiegoś marnego boysbandu, ale z racji tego, że do pracy w zespole nie jestem stworzony, to solowy-plastikowy wokalista jest strzałem w dziesięć. Nic to, że nie spełniam żadnego z marketingowych warunków. No bo skoro już teraz interesują się mną słodkie fanki chłopięcych głosów, żelu we włosach i wydepilowanych torsów, to ja tylko czekam na dobrego menedżera, który migiem zamawia ciężarówkę pełną kosmetyków do włosów, najlepszej pianki do golenia i jednorazowych maszynek, po czym ja dopracowuję fryzurę, golę zarost tu i ówdzie i wyskakuję na scenę. Koszulki nie ściągam, ja nie mam co pokazywać. Nawet jak mi boski menedżer siłownię w domu zainstaluje, to i tak nie będę miał ochoty do niej zejść. Bo już wiem, że platynę mam w kieszeni.

czwartek, 8 lipca 2010

Szczerość w agonii

Przy brudnym stole i pierwszej kawie, po całonocnym płukaniu nerek i przespanym południu, robię sobie rachunek sumienia. Bilansuję zyski i straty, te materialne jak i te związane bezpośrednio ze mną. I dochodzę do wniosku, że nocą wyrzucam za dużo z portfela i o wiele za dużo z siebie.

niedziela, 4 lipca 2010

Kujon na głodzie

Z góry zaznaczam, że post odnosi się do jednej, konkretnej osoby i jest do oporu subiektywny.
Na nudniejszej imprezie urodzinowej niż ostatnia nie byłem jeszcze nigdy. Pomijając fakt, że bardziej przypominała stypę po bogatym, lecz samotnym alkoholiku, to po raz kolejny udało mi się potwierdzić coś, o czym jestem przekonany od dawna.

Poznałem pewną damę. Damę, tak. Dama owa skończyła filologię polską i od września będzie uczyć dzieci w pobliskiej podstawówce za marne grosze, nabawiając się przy tym kurwicy. Wódki się napiła, pogadała, ale generalnie z dumy aż pęka i sprawia wrażenie typowej "wyżej sram niż dupę mam". Wygląda przeciętnie, nawet gorzej niż przeciętnie, lecz swoim podejściem do reszty ludzi i kurewską pewnością siebie mogłaby przebić niejedną blond dupę spod osiedlowego solarium. Wykształcenie to dla niej cel w zasadzie nie do osiągnięcia, bo choćby jednocześnie Oxford i Cambridge skończyła, to i tak nigdy nie będzie do końca spełniona. Totalne opętanie i nieopisany głód wiedzy. Był wykład na temat poprawności językowej Polaków, była agitacja wyborcza, lista zalet Kaczyńskiego... I było dużo innych farmazonów, więc zmyłem się czym prędzej tuż po 1.

Do czego zmierzam. Ano zmierzam do tego, że kolejna osoba, która skończyła chuj wie co, patrzy z góry i spluwa reszcie "głupszych" centralnie na głowy. O wartości człowieka nie świadczy wykształcenie, które jest niczym w porównaniu do wielu ważniejszych kwestii. Jest istotne tylko dla ciebie, a resztę ludzi jebie fakt, że wiesz, w którym wieku zanikły jery w języku polskim i jak brzmi pierwsze polskie zdanie. Tobie się udało - okej, congrats, ale ciesz się tym jedynie wśród rodziny. Na starość będziesz im gotować książki i czytać Mickiewicza na dobranoc, bo tylko tego w życiu się nauczysz. Amen, klawiatury mi szkoda.