wtorek, 7 grudnia 2010

Pozdrowienia od Gorączki

Odkryłem nowy sposób na chroniczne zmęczenie i zająłem się organizowaniem sobie dni wolnych. Weekendu mi na to szkoda, więc najczęściej wybór pada na środek tygodnia. Nie wyściubiam nosa za drzwi, leżę wygodnie pod kołdrą (dziś wyjątkowo z termometrem w dupie), liczę ilości wypłukanego przy supporcie kawy magnezu, sprawdzam kolor uzębienia, który malowniczo zmienia się za sprawą mocnej herbaty, obliczam biologiczny wiek płuc wzrastający proporcjonalnie do każdego wypalonego papierosa. W ciszy, bez muzyki, bez tv. Zazwyczaj dzień wcześniej planuję zrobić wszystko to, na co brak mi czasu i zapału w standardowym ciągu tygodnia. I zazwyczaj nic z tego nie wychodzi, bo jedyne w czym jestem dobry to myślenie. Z działaniem jest zdecydowanie gorzej, ale z racji tego, że coraz lepiej idzie mi trenowanie w sobie siły woli, to dzisiaj będzie przełomowo. Wykonam każdą misję, którą sobie zaplanowałem.

Dzieje się niemało. Poza tym, że do niedawna byłem w trójkącie z rodzeństwem, to lada dzień smród ciągnący się za mną aż z Warszawy wyczuje pan z walizeczką i raczy zapukać do mych drzwi, a stan mojego uzębienia wymaga natychmiastowej pomocy dentysty. Nie ma tego złego, na rutynę przynajmniej nie narzekam. No i zaczynam wierzyć w biorytm. Dzisiaj jestem w stanie emocjonalnej euforii, intelekt i sprawność fizyczna poszły się jebać. I tak jest od tygodnia, a dziś nastąpiła kumulacja.

wtorek, 28 września 2010

Zagramy w życie?

Ostatnio jedyną rzeczą, która mi wychodzi jest totalne opierdalanie się. Pomijam zatruwanie codzienności ludziom, bo to żadna nowość i jestem w tym mistrzem od zawsze. Złoty medal mam w kieszeni. Opierdalam się i nie robię kompletnie nic. Widać to m.in. po moim wyglądzie. Zero jakiejkolwiek inwencji. Noszę te same ciuchy i straszę tą samą, ziemistą cerą. Nic się nie zmienia, jedynie worom pod oczami objętości przybywa. Wstaję, biorę prysznic, zakładam co mam pod ręką, na śniadanie piję kawę, spędzam 10 szybkich minut przed lustrem i ciach babkę w piach - wychodzę. Wychodzę i jestem alienem, bo odciąłem się od ludzi w sklepie, na ulicy, na przystanku. Odciąłem się od wszystkiego, co w tej chwili nie jest mi potrzebne. Nie chcę kontaktu z osobami, które nie są warte mojego spojrzenia, uśmiechu, czegokolwiek. Kończę zabawę w zaklinanie losu. Nie chcę już dodatkowych headshotów. Nie bronię się przed ciosami, nie mam odwagi. Chowam głowę między nogi i twardo przyjmuję uderzenia. I co z tego, że boli. Jak mus to mus, poboli i przestanie.

Kwestia kolejna. Opierdalam się też w grze zwanej życiem. Oddałem swoje karty, a pozostali gracze rozgrywają moje kolejki. Dostałem od losu maksymalne combo. Odwraca się ode mnie rodzina, gdzieś tam pozostali tylko (i aż) przyjaciele. Po dzisiejszej, mocno przyjacielskiej rozmowie wiem, że muszę zgarnąć swoje zabawki i ogarnąć ten syf w piaskownicy, choć tak naprawdę nadal nie wiem, czego w tej śmiesznej grze mogę chcieć. Patrzę z dość dużej wysokości na siebie i nie mam odwagi, aby podziękować graczom, odzyskać swoje karty, złapać byka za rogi i mieć nareszcie wpływ na to wszystko, co wokół się dzieje. Póki co zdaję się na chrystusową karmę. Jak będzie to będzie, jak nie będzie - też dobrze. A tak nawiasem. Pierwszą tej jesieni grypę już zaliczyłem. Czas na jesienną depresję?

sobota, 25 września 2010

Zaklinam los

Życie, bądź skurwiel, przestań podrzucać cukierki i rzuć mi w końcu porządną kłodę pod nogi. Taką z podwójnym pierdolnięciem, żebym się już nie podniósł - środa, 22 września.

Dziś mamy sobotę, 25 września. Nasrałem na własnym podwórku. Gówno śmierdzi ostrzej niż zwykle, lecz jego zapach na mnie nie działa. Działa za to na sąsiadów. Aż za bardzo. Ktoś tam u góry dojebał mi karę w postaci zerwania więzi z rodziną na czas bliżej nieokreślony oraz grzywnę w wysokości ostatniego rachunku telefonicznego. Potrafię zaklinać los. Chciałem bólu - pstryk - mam ból... ale chwila moment. Los nadal spełnia moje zachcianki?

niedziela, 29 sierpnia 2010

Niemesjasz przemawia

Proroczą wizję miałem. Może nie odkrywczą, ale prorocza była. Apokalipsa, zupełnie jak z tych debilnych filmów powstających jeden po drugim, w których zmienia się tylko obsada. Nie wiem co dosypali mi ostatniej nocy do wódki, sam nic nie ćpałem, ale rano po ciężkim powrocie do domu przeniosłem się w przyszłość i miałem 2012 rok pod kołdrą. Wartka akcja, efekty specjalne i kino 3D za darmo. Mesjaszem nie byłem, a szkoda, bo fajnie byłoby pocierpieć. Ognie piekielne, które mnie nawet nie smyrną, anioły ciemności, inne pierdu pierdu i bieg ze sraką w gaciach do domu. Pierwsza reakcja - bieg do domu. Do rodziców. A że lubię ryć sobie banie sennikami, to robię research. "Apokalipsa - brak rozsądku, wyobraźni i przewidywania następstw swoich działań to główne przyczyny wielu problemów w Twoim życiu." I czytam. Czytam kilka razy to samo zdanie. Zdaję sobie z tego sprawę od dawna i jak nikt inny potrafię to odnieść do swojego życia. I już nawet nie rozbija się o ten kretyński sen. Chodzi o prawdę zawartą w prostym zdaniu, nad którym dumam od pięciu minut, a które tak naprawdę podświadomie zaprząta mi głowę od kilku miesięcy.

Amen z apokalipsą. Zamawiamy dwie taksówki. Pech chciał, że ja musiałem jechać z nim. Z kolesiem, który wkręcił się na krzywy ryj. Niech stracę. I tak wygląda na osobę, która po dwóch szotach odpadnie, więc będzie trup i będzie się na kim położyć jak miejsc zabraknie. Wsiadamy.
Konkrety. Koleś wymyślił sobie całe życie i jest naczelnym pośmiewiskiem w różnej maści miejscach. Ale bryluje. Nie rozdrobnię się dziś i powiem tylko tyle, że nie ma znajomych, nie ma z kim się napić i jest zerem w mieście. I ja to wiem doskonale, a on świruje duszę towarzystwa i robi z siebie gwiazdę, której telefon w sobotnią noc urywa się od zaproszeń na popijawę, które to on konsekwentnie odrzuca, bo ma niczym baranie jaja grafik napięty.
- Złotówa do mnie - Wie pan co? Współczuję panu.
- (śmiech) dlaczego?
- Bo ja z takim debilem to bym 20 minut nawet nie wytrzymał (brzdęk flaszek obijających się o siebie) a co dopiero wódkę miał z nim pić.
Koleś się zgasił, pan taksówkarz w ramach tego dostał ode mnie syty napiwek, a ostatnią noc odeśpię chyba dopiero po śmierci.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Maso-sado

Kiedyś kiedyś dawno chciałem mieć rentgen w oczach. Wiadomo, fajna zabawa, a że lubię się śmiać z ludzi to fun podwójny. Ale myślę sobie: walić rentgen, w sumie zero z tego pożytku, a na dodatek każda wizyta w centrum miasta kończyłaby się mdłościami na skutek sielskich widoków oraz trwałym okaleczeniem zmysłów. Teraz chcę mieć możliwość wejścia w korelację z umysłami innych ludzi. Chcę wiedzieć jak to jest stać z boku z założonymi rękoma i przyglądać się mojej osobie. Chcę wiedzieć co ludzi we mnie, po prostu, wkurwia. Taka ciemna strona mocy, jasnej mam już dość. Moje dupsko nie ociekało nigdy lukrem, więc koniec lizania. Czas na porządnego plaskacza w twarz, co bym się przebudził i pora na twardego kopa w dupę, co bym przestał lewitować i osiadł na najgorszej mieliźnie.
Mam wyjebane na miłość w każdej postaci. Puściło mnie równie szybko jak złapało. I właśnie w takim momencie cieszę się, że wystarczy jedno zdanie wypowiedziane w nieodpowiedniej chwili, aby rozbić tą śmierdzącą, mydlaną bańkę. Czuję w sobie jeszcze resztki tego czegoś, ale sinusoida konsekwentnie zmierza ku dołowi, teraz pragnę bólu. Psychicznego, bo fizycznego boję się bardziej niż katoli.

A jeśli ktoś kiedykolwiek zapyta mnie o kobiecą stronę mojej osobowości, to z pewnością odpowiem, że jest nią plotkowanie. Dzisiaj przy najdroższym drinku obsram zady wszystkim gnojom, bez wyjątku.