Odkryłem nowy sposób na chroniczne zmęczenie i zająłem się organizowaniem sobie dni wolnych. Weekendu mi na to szkoda, więc najczęściej wybór pada na środek tygodnia. Nie wyściubiam nosa za drzwi, leżę wygodnie pod kołdrą (dziś wyjątkowo z termometrem w dupie), liczę ilości wypłukanego przy supporcie kawy magnezu, sprawdzam kolor uzębienia, który malowniczo zmienia się za sprawą mocnej herbaty, obliczam biologiczny wiek płuc wzrastający proporcjonalnie do każdego wypalonego papierosa. W ciszy, bez muzyki, bez tv. Zazwyczaj dzień wcześniej planuję zrobić wszystko to, na co brak mi czasu i zapału w standardowym ciągu tygodnia. I zazwyczaj nic z tego nie wychodzi, bo jedyne w czym jestem dobry to myślenie. Z działaniem jest zdecydowanie gorzej, ale z racji tego, że coraz lepiej idzie mi trenowanie w sobie siły woli, to dzisiaj będzie przełomowo. Wykonam każdą misję, którą sobie zaplanowałem.
Dzieje się niemało. Poza tym, że do niedawna byłem w trójkącie z rodzeństwem, to lada dzień smród ciągnący się za mną aż z Warszawy wyczuje pan z walizeczką i raczy zapukać do mych drzwi, a stan mojego uzębienia wymaga natychmiastowej pomocy dentysty. Nie ma tego złego, na rutynę przynajmniej nie narzekam. No i zaczynam wierzyć w biorytm. Dzisiaj jestem w stanie emocjonalnej euforii, intelekt i sprawność fizyczna poszły się jebać. I tak jest od tygodnia, a dziś nastąpiła kumulacja.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
W trójkącie z rodzeństwem to to jak tu.....http://www.youtube.com/watch?v=YU1brBVMBkM&translated=1 :D
OdpowiedzUsuńja jestem pracoholikiem. Sni mi się praca...mam prorocze sny o premii etc etc...zwariuje. Musze iść na max imprezę inczej szybko wywiozą mnie nogami z przodu!
OdpowiedzUsuń